
Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie dziś milaniści. O ile spodziewałem się, że wcale nie muszą przegrać (ba, mogą nawet wygrać) z Barceloną, o tyle oczekiwałem, że nawet w przypadku niezbyt korzystnego wyniku "Duma Katalonii" pozostawi po sobie wrażenie, które nakaże nadal upatrywać w niej bitego faworyta do awansu. Tymczasem rewanż zapowiada się naprawdę elektryzująco i na razie jest mi całkiem blisko do rozważań z cyklu: "Na kogo Milan trafi w ćwierćfinale".
"Rossoneri" zagrali dziś na nosie wszystkim tym, którzy już w grudniu czy styczniu byli gotowi przekazywać Puchar Mistrzów w ręce Carlesa Puyola. Wysłali "pozdrowienia" pseudoekspertom, którzy o rozstrzygnięciach w Lidze Mistrzów mówią jeszcze zimą, zupełnie zapominając jak wiele w tej rywalizacji może zależeć od jednego meczu. Jeszcze wczoraj Barcelona była hegemonem ligi hiszpańskiej i naczelnym kandydatem do ponownego udowodnienia swojej wyższości nad całą piłkarską Europą. Dziś musi zapomnieć o potencjalnych przeszkodach z Madrytu, Manchesteru czy Monachium i spróbować rozgryźć naprawdę czarujący Milan.
