
Zostałem bezwzględnie zdradzony. Zdradzony przez sportowca, za którym mógłbym pójść w ogień. Jeżeli miałbym położyć rękę, to w pierwszej kolejności za niego. I teraz bym został bez ręki. Przez moment czułem się jak nastolatka, która rozstała się właśnie ze swoją pierwszą miłością i nagle nabrała przekonania, że "wszyscy faceci to świnie". Panie Armstrong, to Pana sprawka!
W swojej dopingowej intrydze był mistrzowski. Sprawił, że uwierzyłem mu bezgranicznie. Nie dopuszczałem myśli, że może być winny. Tak pięknie opisywał to w swoich książkach, które budowały wizerunek sportowca-gladiatora, prawdziwego kolosa. Kolosa na glinianych nogach.
Naprawdę wierzyłem, kiedy pisał, że po przebytej walce z rakiem nie naraziłby swojego zdrowia dla dopingu. Wierzyłem w barwne opowieści, że podczas najcięższych treningów, na głównych trasach Tour de France, nigdy nie spotykał swoich rywali i to dlatego wygrywał. Wierzyłem, iż na moich oczach pisze się historia, która udowadnia, że dla ludzi nie ma rzeczy niemożliwych. Że dzięki tytanicznej pracy jednego dnia można żegnać się ze światem, a chwilę później być mistrzem.
Byłem gotów bronić go do końca. Nawet wtedy, kiedy tracił żółte koszulki zwycięzcy Tour de France. Po cichu liczyłem, że gdy wszyscy czekali na jego spowiedź u Oprah Winfrey, on po raz kolejny zaszokuje świat. Wejdzie do studia i raz jeszcze powie: "Jestem niewinny". Nic z tego.
Tak naprawdę to już mu wybaczyłem. Na tyle, na ile mogłem. Nie będę teraz palił jego książek, nie będę żądał kary śmierci. Po prostu już nigdy nie będzie dla mnie tym wielkim Armstrongiem. Będzie po prostu sportowcem, który wszystko spieprzył, zanim jeszcze zaczął budować swoją pozycję idola. Nie pierwszą i nie ostatnią legendą, która upadła.
Jest u Lance'a coś, co nie potrafi mnie do niego totalnie zniechęcić. Nawet gdy wyznawał swoje grzechy u Oprah, nie robił tego jak ofiara, lecz jak mistrz. Trzeba mu oddać, że jego kolarskie oszustwo stulecia rykoszetem przyniosło wiele dobrego. Gdyby nie te wszystkie wygrane na koksie Toury, nie byłoby pewnie sukcesu "Livestronga". Nie byłoby tych wszystkich śmiertelnie chorych, którzy uwierzyli w swoją szansę. Przynajmniej tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz