Legia w lidze zupełnie nie przypomina Legii walczącej o Ligę Mistrzów i należy to uznać za komplement. Choć piłkarze Jana Urbana zdobyli już tytuł mistrza kraju, dopiero teraz radzą sobie z ligowymi rywalami jak na mistrza przystało. Wychodzą na boisko i bez skrupułów biorą co swoje. Gdyby na koniec "rundy zasadniczej" nie dzielono punktów przez dwa, za kilka kolejek moglibyśmy już mówić o pierwszych faworytach, którzy powoli odpadają z walki o mistrzostwo. Legia zaczęła sezon niczym kolarz, który wyrwał się przed peleton u samego podnóża góry. Gdzieś na pewno przytrafi mu się kryzys, ale kto wie, czy przewaga nie sprawi, że do zwycięstwa wystarczy nawet podprowadzenie roweru do mety?
5:1, 3:0, 4:0. Choć to dopiero pierwsze trzy kolejki, to jeśli legioniści utrzymają obecną dyspozycję z ligi, nie widać żadnego zespołu, który na dłuższą metę mógłby ich zatrzymać. Obawiałem się, jak tak szeroka kadra, i konieczność rotowania nią, wpłynie na zawodników, ale na razie wygląda to znakomicie. Polski zespół wreszcie ma skład, gdzie naprawdę trudno jednoznacznie określić, kto należy do jedenastki pierwszego wyboru. Urban wymienia kilka trybików, a jego maszyna dociera się maksymalnie 45 minut. W drugiej połowie rozpoczyna demontaż morale przeciwnika. Trener może urządzać sobie permanentny przegląd kadr, a dwie czy trzy kontuzje wydają się wręcz zbawienne, ponieważ dzięki temu mniejszej liczbie chłopaków trzeba powiedzieć: "Sorry, Ty dziś nie powąchasz nawet ławki".
Na pewno jest jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, żeby rozpieszczać piłkarzy z Łazienkowskiej. W Szczecinie Pogoń miała okres dominacji, a i Podbeskidzie zmarnowało dobrą szansę, żeby napocząć Legię. Kiedy już jednak "Wojskowi" dochodzili do głosu, wyglądali na drużynę, która nie tylko wie, czego chce, ale i wie, jak to osiągnąć. Zupełne przeciwieństwo rzekomo największych rywali - Lecha i Śląska.
Zimą, jeszcze przed zmianą prezesa, apelowałem do kierownictwa Legii, żeby nie urządzać wyprzedaży. Przyjście Bogusława Leśnodorskiego pozwoliło nie tylko utrzymać ówczesną kadrę, ale także dokonać kilku wzmocnień. Jeżeli teraz piłkarze pokażą, że w Europie potrafią wygrywać tak jak w Ekstraklasie, mogą otworzyć nie tylko bramy Ligi Mistrzów, ale także worek z serią mistrzostw. Wszystko dlatego, że Legia jako pierwszy polski klub zrobiła to, o czym teoretycznie było wiadomo od ładnych kilkunastu lat - stworzyła szeroką, wyrównaną kadrę, gotową do walki na trzech frontach. Awans do Ligi Mistrzów pozwoliłby na ekonomiczne uargumentowanie potrzeby utrzymania takiego stanu rzeczy, a już teraz mówi się, że zespół zasili wówczas jeden lub dwóch piłkarzy formatu, jakiego posmak przy Łazienkowskiej dał do tej pory jedynie Danijel Ljuboja.
Na razie trzeba jednak zejść na ziemię i w środę wyeliminować Molde. Później zostanie już tylko jeden rywal. Paradoksalnie uważam, że najlepszym dla Legii byłby Celtic Glasgow, zarówno ze względów marketingowych, jak i czysto piłkarskich. Mam wrażenie, że "The Bhoys" stracili na degradacji Glasgow Rangers i brak rywalizacji w lidze spowodował u nich regres większy niż spodziewało się tego gros fachowców.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz