środa, 14 sierpnia 2013

Komu zależy na Legii bez "Żylety"?

UEFA postanowiła zamknąć "Żyletę" na mecz, który zadecyduje o być albo nie być Legii w Lidze Mistrzów. Początkowo w świat poszła informacja, że to niby za race, jednak teraz już wiadomo - kibice podczas wyjazdowego meczu w Walii mieli podobno złamać postanowienia antyrasistowskiej polityki UEFA. Zarówno samo oskarżenie, jak i kara - absurdalne.


Daleki jestem od knucia teorii spiskowych, choć nazwisko Gigi Becali przyszło mi do głowy jeszcze zanim na jego temat pojawiły się pierwsze twitterowe żarty. Może i właściciel Steauy nie musiał wykorzystać "na teraz" swojego tygodniowego przydziału na telefony z więzienia, jednak jeżeli mistrzowie Rumunii przed tym dwumeczem mogli się czegoś przestraszyć, to właśnie kibiców Legii. Jeżeli szukali elementu, który może zrobić różnicę na korzyść "Wojskowych", to w pierwszej kolejności powinni wskazywać atmosferę przy Łazienkowskiej, a nie Dossę Juniora czy Michała Żyro.

Z jednej strony nie chce się wierzyć, żeby macki Becaliego sięgają tak daleko, z drugiej jednak - kara dla Legii jest nie tylko przesadzona, ale i nielogiczna:
1) Dlaczego ukarany został klub, który ani nie był organizatorem meczu, ani nie dystrybuował biletów dla ludzi, którzy mieli złamać regulamin?
2) Jeżeli już karać Legię, to dlaczego za przewinienie popełnione podczas meczu wyjazdowego zamykać część stadionu, który nie ma zbyt wiele wspólnego ze spotkaniem w Walii?
3) Jeżeli już jednak zamykać część tego stadionu, to dlaczego akurat "Żyletę"? Czy UEFA ma jakikolwiek dowód na to, że przewinienia dopuściły się osoby, które 27 sierpnia miałyby zająć miejsca akurat na trybunie północnej, a nie np. w loży VIP-ów?

Szczególnie trzecia część każe domniemywać, że komuś w tym wypadku niekoniecznie zależy na pozbyciu się rzekomego rasizmu.

Jeszcze inny argument - kara dla Legii miałaby wynikać z zaostrzenia przepisów UEFA (od 1 lipca) w sprawach zwalczania rasizmu i nietolerancji. Argument ten miałby sens, gdyby warszawski klub już wcześniej otrzymywał kary za te konkretne transparenty, a teraz zwiększył się jedynie ich wymiar. Rzecz jednak w tym, że płótna te jeździły z Legią już nie pierwszy i nie dziesiąty raz, a dopiero teraz okazały się rasistowskie, choć definicja samego zjawiska była taka sama zarówno 30 czerwca, jak i 1 czy 15 lipca.

Niestety, to nie pierwsza taka sytuacja, w której klub z Łazienkowskiej musi udawać, że jego kibice nie są wielbłądami. Warto przypomnieć, że przed dwoma laty, przy okazji meczu z Hapoelem w Lidze Europy, fani z Żylety zostali oskarżeni o przygotowanie antysemickiej oprawy, słynnego już "Dżihad Legia". Wówczas to zarówno klub, jak i wszyscy wokół dali sobie wmówić nieczyste zamiary. Sprawa była tym bardziej kuriozalna, że na antysemicki charakter oprawy UEFA zwróciła uwagę oczami nie swojego delegata, lecz dziennikarzy "Gazety Wyborczej", którzy zaczęli domagać się kary dla Legii. Jednocześnie nie przeszkadzało im, że piłkarze z Izraela na piersiach eksponują symbol sierpa i młota.

Szczęście w nieszczęściu, że tym razem trafiło na Bogusława Leśnodorskiego, który całej sytuacji nie zamierza przyglądać się w pozycji klęczącej wobec UEFA. To sprawia, że jestem dziwnie spokojny, iż rewanżowy mecz ze Steauą obejrzy komplet widzów dopingujących Legię w rytm nadawny przez wypełnioną "Żyletę".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz