niedziela, 11 listopada 2012

Profesor poskromił słonia w składzie porcelany


Trzecia wojna polsko-ukraińska nie pozostawiła wątpliwości, że żaden z bokserów z kraju nad Wisłą nie zdąży już zdetronizować braci Kliczko. Tym razem nie podołał Mariusz Wach, choć i tak osiągnął całkiem sporo, bo przetrwał z Władimirem dwanaście rund. Ani razu nie był liczony, a po walce nie wyglądał jak po starciu z czołgiem. I to koniec plusów.

Wach to kolejny bokser, któremu do czasu pierwszego gongu wydawało się, że ma pomysł na Kliczkę. Jeszcze podczas odgrywania hymnów czuł, że za godzinę może być mistrzem świata. Pierwszy gong, pierwsze ciosy i już widzi, jak bardzo ukraiński czołg może go zmiażdżyć. Ze zwycięstwa cel trzeba zmienić na "nie dać plamy", może dotrwać do końca.

Polakowi udało się dotrwać, ale z 36 minut walki tylko przez 30 sekund wyglądał na kogoś, kto może napocząć przeciwnika. Ale zanim Kliczko na dobre się przestraszył, już siedział w narożniku, a kolejna runda zamiast trzęsienia ziemi przyniosła powrót do normy pod tytułem "Bokserski wykład profesora Kliczko".

A propos profesury Kliczki, to Wach wyglądał przy nim niczym słoń w składzie porcelany. W porównaniu do Ukraińca Polak poruszał się topornie, próbował dziwnych chwytów, rodem z zapasów czy MMA. Zaproszony na bokserskie salony, nie chciał dostosować się do dżentelmeńskiego stylu Władimira. Postawił na swoje nawyki naturszczyka, w czym tak po prawdzie upatrywałem jego jedynej szansy na zwycięstwo.

Tak to wygląda na dziś. Dopóki braci Kliczko na dobre nie nadszarpnie czas, dopóty jedyną szansą na ich pokonanie wydaje się porzucenie kanonów boksu, zaprezentowanie czegoś, czego nikt się nie spodziewa. Wach nie miał w tej walce argumentu, który robi różnicę. W każdym elemencie sztuki bokserskiej Ukraińcy biją dziś cały świat wagi ciężkiej. A nasze szczęście w nieszczęściu polega na tym, że w swoją piękną historię postanowili wpleść polskie akcenty. Trzy razy. Tylko i aż tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz