sobota, 3 listopada 2012

Jedna decyzja Waltera i możemy mieć drugą Szkocję


Jeżeli ktoś twierdzi, że "M jak miłość" to doskonały przykład na wyrafinowanie i kunszt polskiej kinematografii, to patrzysz na niego albo jak na idiotę, albo dziwaka (najlepiej jedno i drugie). I tak samo należałoby potraktować tych, którym nieopatrznie przyszło do głowy zapowiadać mecz Wisły z Lechem jako hit 10. kolejki Ekstraklasy.

Dziś Wisła zajmuje przedostatnie miejsce wśród w miarę poważnych drużyn tej ligi. Przedostatnie, bo Zagłębie, Podbeskidzie i Bełchatów zasługują na to, by utworzyć dla nich oddzielne rozgrywki (na zasadach "trzy drużyny grają, trzy spadają"). Dziś Wisła to z jednej strony zespół zbliżony do tego, który przed chwilą śnił na temat "trzech minut od Ligi Mistrzów", jednak z drugiej nikt o zdrowych zmysłach nie traktuje już krakowian jako ligowego potentata.

Mamy więc kolosa na glinianych nogach, który leci gwałtownie po równi pochyłej oraz Lecha. "Kolejorz" za mocną drużynę uchodzi tylko dlatego, że reszta ligi jest zbyt słaba, by pokonać zespół grający bez napastnika oraz rozgrywającego. Naprawdę, hit Ekstraklasy.

Gol, który rozstrzygnął o losach tego meczu był jego trafnym podsumowaniem. Frederiksen najpierw podał piłkę Trałce, a za chwilę jeszcze ją poprawił, żeby lechicie łatwiej było wyprowadzić kontrę. Trałka zabierał się do tej piłki jak pies do jeża, więc ostatecznie kluczowe podanie wykonał za niego Bunoza (który nota bene najwyraźniej uznał, że jak tylko wyprzedzi Trałkę, sędzia odgwiżdże koniec akcji i rywalowi nie trzeba już będzie odbierać futbolówki). Z trójki Frederiksen, Bunoza, Trałka najmniejszy wpływ na skuteczność wyprowadzonej kontry miał ten ostatni. Parodia.

Jeszcze większą parodią jest fakt, że tak grający Lech znajduje się obecnie na podium ligi. Poznaniacy grają tak, jakby drugi rok z rzędu zapomnieli, że sezon trwa dwie rundy, a nie dwie kolejki. Mają jednak szczęście, ponieważ nawet to, co prezentują obecnie powinno wystarczyć do pierwszej trójki na koniec rozgrywek.

W tym wszystkim nachodzi mnie myśl, że oto moglibyśmy wrócić do czasów, gdy naszą ligą rządzi jedna drużyna. Oczywiście już nie Wisła. Jedyną, która ma ku temu potencjał jest Legia. Problem leży jednak w ludziach, którzy nią zarządzają. To dość znaczące, że pomimo tak słabego prowadzenia klubu, nadal tak bardzo odsadza on resztę stawki. Legia pod względem posiadanej młodzieży przerasta tą ligę o dwie klasy. Nawet jak sprowadziła prawie już emerytowaną gwiazdę, to akurat u niej to wypaliło (tak, mam na myśli obecnego lidera klasyfikacji strzelców).

Wystarczyłaby jedna decyzja - w zimie nikogo nie sprzedajemy. Jedno zdanie i na wiosnę obudzimy się w drugiej Szkocji, gdzie to Celtic (jeszcze nie do niedawna do spółki z Rangers) decyduje, kiedy definitywnie kończy się wyścig o mistrzostwo. Dzisiejsza sytuacja Wisły powinna stanowić lekcję dla Mariusza Waltera. Cupiał nigdy nie zaryzykował. Jak w pokerze, wolał eliminować płotki, zamiast powiedzieć poważnym rywalom: "Sprawdzam". I być może dlatego nigdy nie doczekał się Ligi Mistrzów, naprawdę wielkiej piłki przy Reymonta i, co dla niego powinno być szczególnie ważne, zwrotu zainwestowanych pieniędzy.

Rzecz w tym, że Legia za chwilę pójdzie tą samą drogą. Identyczną. Zimą sprzeda dwóch czy trzech piłkarzy i będzie liczyć na to, że uda się z sukcesem dociągnąć walkę o mistrza. Tymczasem nawet nie musiałaby się wzmacniać. Wystarczy, żeby ITI zainwestowało tyle, ile potrzeba, by w przyszłym sezonie walkę o Ligę Mistrzów rozpocząć bez osłabiania drużyny ani zimą, ani latem. Szkoda jednak, że przy Łazienkowskiej rządzą ludzie zbyt mało zapaleni piłką. Ludzie, którzy nie widzą, jak blisko są celu i jak niewiele trzeba zaryzykować, by za chwilę rozbić bank.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz