sobota, 23 marca 2013

Chore są głowy, nie nogi, Polaków


Przed rozpoczęciem eliminacji pisałem, że w Brazylii nikt na nas nie czeka. Świat nie wymienia nas jednym tchem, obok Niemców, Hiszpanów czy Włochów, jako tych, dla których awans na mundial jest obowiązkiem. Dlatego też to, co dla nas zaczęło właśnie stanowić tragedię narodową, w świecie nikogo nie wzruszy. Wręcz przeciwnie. Potwierdziliśmy, że żeby zagrać w wielkim turnieju, musimy być jego organizatorem.

Nie wiem, jak wiele osób chciało dopuścić do siebie myśl, że od tego meczu mogą zależeć kolejne dwa lata polskiego futbolu. Nasi zawodnicy pokazali, że do wielkiej piłki na poziomie reprezentacyjnym nie dorośli przede wszystkim mentalnie. Tak, Ukraina w sferze czysto piłkarskiej wcale nie była lepsza. Długimi fragmentami byliśmy nie tyle lepsi, ile równorzędni wobec rywali. Należało zatem szukać elementów, które w takiej sytuacji zrobią różnicę. Ta sztuka, niestety, udała się gościom.

Każde kolejne spotkanie potwierdza, że problem polskiej kadry tkwi nie w nogach, lecz w głowach. Jedyny naprawdę dobry mecz rozegraliśmy przeciwko Anglii, na którą każdy od początku wyszedł w pełni zmobilizowany. Z kolei Czarnogórcy oraz Ukraińcy stłamsili nas walką. Byli przygotowani na wojnę, podczas gdy my wychodziliśmy jak na jeden z wielu meczów ligowych.

Polacy chcieli zachować się niczym podczas rozmów biznesowych - zacząć od krótkiego small talking. Rywale z kolei od razu wyłożyli ofertę na stół. Ofertę składającą się z dwóch mocnych strzałów, determinujących przebieg wydarzeń. Ukraińcy przeorali boisko tak, jakby chcieli dokopać się do głębokości, na której powinien znajdować się słynny już system drenażu. Tymczasem biało-czerwone orły-nieloty z przerażeniem patrzyły, jak narodowy stół bilardowy zamienia się w poligon, na którym dyshonorem będzie gościć we wtorek barmanów i studentów z San Marino.

Moją teorię potwierdza obraz interakcji z sędzią. W ogóle, skąd wziął się aż tak beznadziejny arbiter? Gość dawał się nabierać na upadki zawodników po mocniejszym podmuchu wiatru, a żółtą kartkę Łukasikowi pokazał tylko dlatego, że przeciwnikowi nie chciało się dalej biec. Jednocześnie tolerował na boisku Rotana, który wziął udział w 10 akcjach, z czego 9 razy faulował oraz nie wyrzucił innego Ukraińca za beznadziejnie głupi wjazd saniami od tyłu w nogi Łukasika. Wreszcie, doliczył do drugiej połowy trzy minuty, choć goście samymi symulkami ukradli pięć (nie ma znaczenia fakt, że i tak byśmy nie dogonili przeciwnika).

Tu, gdzie mogliśmy stworzyć sobie przewagę, rywalizację oddaliśmy walkowerem. Mecz u siebie, ponad 50 tysięcy widzów - idealne warunki, żeby na arbitrze wywrzeć jakąś presję. Nawet jeżeli nieco przesadzoną, to pokazującą, że każdy detal spróbujemy zamienić w swój atut. Przecież Rotan w pojedynkę nazbierał tyle przewinień, że dobrze "nakierowany" sędzia mógłby pokazać mu liczbę żółtych kartek pozwalającą na usunięcie z boiska co najmniej dwóch zawodników.

Polakom brakuje umiejętności, żeby wygrać taki mecz, nie pokazując maksymalnego zaangażowania. Nie chciało im się powalczyć chociażby o to, by w człapaniu pomógł nieco sędzia. Jaki mieli zatem pomysł na zwycięstwo w tak ważnym starciu? Czym planowali zaskoczyć naszych wschodnich sąsiadów?

Na pocieszenie - porażka z Ukrainą to nie koniec świata. Są nacje, które mają większe problemy. Norwegia - Albania 0:1.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz