czwartek, 28 marca 2013

Boniek jak Wojciechowski? Nie czas na zwalnianie Fornalika


Kiedy Jerzy Engel w 2000 roku objął reprezentację Polski, zaczął od czterech meczów bez strzelonego gola. Potrzebował dziewięciu miesięcy, żeby odnieść swoje pierwsze zwycięstwo. Jedną nogą był już na wylocie, ale Michał Listkiewicz postanowił wykazać nieco cierpliwości, co poskutkowało pierwszym po szesnastu latach posuchy awansem na wielką imprezę.

Jestem w wielkim szoku. Zdaję sobie sprawę z tego, że reprezentacja przeorała nas, kibiców w sposób absolutnie okrutny. Nie spodziewałem się jednak, że tak szybko pojawią się głosy o zwolnieniu Waldemara Fornalika. Co więcej, głosy te podchwycą niektóre autorytety świata piłkarskiego. Te same, które prześmiewczo wypowiadają się na temat polonijnych rządów Józefa Wojciechowskiego, zmieniającego trenerów jak rękawiczki. Teraz, gdy same mogą poczuć namiastkę prezesury (wszakże to także ich reprezentacja), chcą pójść w ślady kontrowersyjnego biznesmena.

Jeżeli wierzyć relacji Mateusza Borka, Zbigniew Boniek przez moment postanowił wziąć przykład z Wojciechowskiego i zadeklarował decyzję o zwolnieniu Fornalika. Potem wino odpuściło, prezes przetrzeźwiał i jedynie pozostawił sobie, dość racjonalnie zresztą, prawo do krytykowania selekcjonera.

Kiedy Waldemar Fornalik obejmował kadrę A, wielu ekspertów apelowało, żeby odciąć się od patologii panującej w Ekstraklasie i dać selekcjonerowi szansę do pracy długookresowej, co najmniej do końca eliminacji  do Euro 2016. Te trzy lata miały dać odpowiedź na pytanie, czy reprezentacyjny garnitur może dobrze leżeć na człowieku, który do tej pory wielką piłkę wąchał jedynie w telewizji bądź z poziomu trybun, ale za to na lokalnej arenie wsławił się pracą u podstaw. Tymczasem niektórzy głowy chorzowskiego króla chcą już teraz, zanim ten zdążył coś porządnie zepsuć.

Absolutnie rozumiem rozgoryczenie wielu kibiców, natomiast jakim cudem Fornalik miałby w niecały rok przygotować produkt rozwalany autorstwem Franciszka Smudy przez trzy poprzednie lata? Wiadomo, że każdy z nas chciałby obecności biało-czerwonych w Brazylii, aczkolwiek dla obecnego selekcjonera powinien to być jedynie cel pośredni. Jeżeli się uda, będzie stanowić wartość dodaną całokształtu jego pracy. Grunt to w mundialowych eliminacjach się nie skompromitować (a do kompromitacji jeszcze trochę nam jednak brakuje) i przygotować podwaliny pod kwalifikacje do Euro 2016.

Pracowników bankowych rozróżnia się na hunterów (typowych strzelców, efektownych, szybkich zawodników) oraz rolników (spokojnych, pracujących po cichu, ale efektywnie na dłuższej przestrzeni czasu). Waldemar Fornalik na pewno nie jest hunterem. Choćby chciał, nie posiądzie charyzmy czy przebojowości Michała Probierza. Na konferencji próbował żartować, ale jak na dłoni widać, że to nie jego bajka. Fornalik to typowy "rolnik". Trzeba dać mu możliwość spokojnej pracy. Skoro już postawiono na takiego konia, dajmy mu poruszać się jego ulubionym stylem.

Tomasz Kłos opowiadał ostatnio, że za czasów Jerzego Engela w kadrze wcale nie musieli grać najlepsi. Zawodnicy wyróżniający się pod względem piłkarskim mogli odpaść, bo nie pasowali jako element grupy. Wspominam o tym w kontekście najbardziej absurdalnego argumentu przeciwko Fornalikowi, który jest niepokojąco często powielany. Nasz selekcjoner, jako osoba stonowana, nie potrafi podobno pobudzić piłkarzy do walki. Moja rada jest więc taka, że skoro gra dla reprezentacji, w kluczowym meczu o awans do mistrzostw świata nie jest w stanie uwolnić w człowieku wystarczającej dawki adrenaliny, wymienić trzeba nie trenera, lecz zawodników, nawet tych z pozoru niezastępowalnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz