
Koniec roku to czas setek podsumowań i rankingów. Są takie wydarzenia, które jeszcze się dobrze nie skończyły, a już powoli kasowałem je z pamięci podręcznej. Są też jednak takie (ich rangę zwiększa fakt, że nie odnotowałem ich zbyt wiele), które pamiętam obudzony o czwartej w nocy. Warto choć na chwilę do nich wrócić. Co zapamiętam z 2012 roku?
Zapamiętam finał Australian Open pomiędzy Novakiem Djokovicem a Rafaelem Nadalem. Pojedynek wybitny, który pokazał piękno sportu. Rywalizacja już nie sportowców, lecz gladiatorów. Długa, wybitna, wyczerpująca. Choć zaczęła się o 9 rano, to na żywo nie obejrzałem jej ostatnich fragmentów, bo tuż przed 15 musiałem wyjść na trening. Do teraz w pamięci mam jedną piłkę z piątego seta, która prawdopodobnie odmieniła losy tego meczu. Piłka, którą dziennikarz "Guardiana" opisał mniej więcej tak: "Ale nie, jeszcze go nie zabił. Przy 30-15 Nadal powinien szybko skończyć piłkę, ale tego nie zrobił. I zanim się obejrzał, już break point dla Djokovica". Piłka, którą Nadal skończyłby w 99 przypadkach na 100. Ten jeden błąd kosztował go zwycięstwo w Australian Open. Nie zmienia to faktu, że cały mecz na dobre zapisał się z historii tenisa, a sceny z ceremonii kończącej turniej otarły się niemal o sportowy mistycyzm.
Zapamiętam finałowy turniej Ligi Światowej w Sofii, w którym Polacy rozwalili imprezę, zdominowali ją w sposób absolutnie bezdyskusyjny. Pokazali poziom nieosiągalny dla jakiejkolwiek innej reprezentacji. W przeciągu kilku dni wyrośli na faworytów Igrzysk Olimpijskich, które ostatecznie popsuli. Ja pamiętać będę jednak właśnie Sofię. Miasto, w którym biało-czerwoni niczym walec przejechali się po całym siatkarskim świecie.
Zapamiętam Euro 2012. Mecz otwarcia. Dopiero tuż przed nim poczułem, jak wielkie wydarzenie dzieje się na naszym podwórku. Mecz z Rosją, w czasie którego przynajmniej pół miasta słyszało nasze mieszkanie i radość po golu Błaszczykowskiego. Wreszcie mecz z Czechami, gdzie z minuty na minutę umierałem, a wraz ze mną nadzieja. Że zdarzy się cud, który się nie zdarzył. I dopiero 17 czerwca na dobre zakiełkowała u mnie świadomość, że właśnie odjechało nam piłkarskie święto. Na żywo widziałem Warszawę i Stadion Narodowy, na którym w ćwierćfinale przeciwko Portugalii stanęli nie biało-czerwoni, lecz Czesi. Widziałem, jak bardzo inni mogli być ci wszyscy ludzie, gdyby to Piszczek miał zatrzymać Cristiano Ronaldo, jak bardzo potrzebny był nam ten sukces. Jak bardzo go pragnęliśmy, nawet ze Smudą w roli selekcjonera.
Zapamiętam Gran Derbi. Te, których nie było. W finale Ligi Mistrzów. Wszyscy czekali na wielkie starcie w Monachium. Wydawało się, że ani Bayern nie ma prawa zatrzymać Realu, ani Chelsea Barcelony. To miało być starcie ostateczne, w czystej postaci koronujące wspaniałe lata Barcelony bądź na dobre stawiające krzyżyk na jej dominacji. Tymczasem na Allianz Arena po cichu dojechali gospodarze oraz "The Blues", których triumf z jednej strony uradował, ale z drugiej także ośmieszył trenerskie wybory Romana Abramowicza. Londyńczycy w erze rosyjskiego miliardera dwukrotnie grali w finale Champions League i dwukrotnie prowadził ich tam nie szkoleniowy maestro, lecz napotkany przypadkowo strażak.
Zapamiętam wreszcie wstyd, z którym przyszło mi się mierzyć po gdańskim "wyczynie" legionistów. Mistrzostwo, którego Legia w takim stylu najpierw nie miała prawa nawet powąchać, a później nie miała prawa stracić.
Oto moje sportowe top5 2012 roku. Absolutnie nieobiektywne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz