
Na świecie nie ma innego trenera, który wzbudzałby aż tak skrajne emocje. Można lubić bądź nie lubić Fergusona, Guardioli czy Del Bosque. Można mówić o nich w kategoriach sympatii, szacunku czy obojętności. Gdy jednak o trenerze ktoś mówi "uwielbiam" bądź "nienawidzę", wiadomo, że to może dotyczyć tylko jednego człowieka - Jose Mourinho.
Kiedy obejmował Chelsea Londyn, myślałem, że to początek nie dwu-, nie pięcioletniej, ale wiecznej współpracy. Myślałem, że tak samo jak "Chelsea FC", klub ze Stamford Bridge będzie można nazywać wkrótce "Mourinho FC". Pokochałem "The Special One", a on po latach mi się odwdzięczył. Podpisał kontrakt z Realem Madryt. Skazał ten klub na sukces.
Mało jest kategorii z cyklu "Ulubiony", w którym swój wzór mógłbym wskazać tak jednoznacznie. Gdyby spytać mnie o ulubionego piłkarza, to nawet 10 minut na zastanowienie byłoby za mało, a możliwe, że gdyby to samo pytanie zadać mi na drugi dzień, odpowiedź byłaby już inna. Ale trener? Na pierwszym miejscu - Mourinho, na drugim - Mourinho, na trzecim - Mourinho. Gdzieś koło siódmego miejsca mógłby się wreszcie zakręcić ktoś inny.
Nadal nie mogę wyjść ze zdumienia, że kilka tygodni temu ludziom przybyłym na Santiago Bernabeu przyszło do głowy gwizdać na Mourinho. Nie ma drugiego takiego dowodu na to, że sława w futbolu jest absurdalnie krucha. Może dobrze, że Abramowicz kiedyś go zwolnił. Dzięki temu nadal można mówić, że gdy tylko Mourinho dostawał odpowiednio dużo czasu, swoją pracę wieńczył wygraniem Ligi Mistrzów. I nie robił tego z klubami, w których Puchar Mistrzów gościł regularnie w gablotach z trofeami.
Można narzekać, że Real w obecnym sezonie zbyt często notuje wpadki, że nie zawsze gra efektownie, że praktycznie przegrał już walkę o mistrza Hiszpanii. Ale przecież na ławce siedzi Mourinho. To oznacza, że te potknięcia są potrzebne, by osiągnąć sukces. Można się dziwić, że doświadczony przewodnik prowadzi "Królewskich" niezbyt efektowną ścieżką, ale widocznie akurat ta droga prowadzi do celu. Nie ma drugiego takiego trenera, w którego przypadku byłbym aż tak bezwarunkowo pewny, że zna właściwą drogę.
Oczywiście nie przechodzę obojętnie wobec informacji o kłótniach w Realu, o możliwym odejściu "Mou" po sezonie. Chcę wierzyć, że szczególny w tym udział mają media antymadryckie i w rzeczywistości to wszystko nie jest warte zachodu. Chcę wierzyć, że Manchester United będzie tylko pierwszym z czterech rywali pokonanych na wiosnę w Lidze Mistrzów. Chcę wreszcie wierzyć, że historia Mourinho w Madrycie będzie tą z cyklu "i żyli długo i szczęśliwie" - królewski trener w drużynie "Królewskich". Gwizdałeś na Mourinho? Uznałeś to za słuszne? Gościu, nie znasz się, idź spać, dobranoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz