poniedziałek, 3 września 2012

Tomasz Hajto - tylko trener, nie czarodziej


Los trenera bywa niezwykle przewrotny. We Wrocławiu cudotwórcę w kilka tygodni sprowadzono do roli zdziadziałego dziwaka. Jakby podczas zatrudniania działacze nie wiedzieli, że Orest Lenczyk w codziennym obyciu jest zwyczajnie trudny. Ale może właśnie dlatego w świecie trenerskim kibice chętnie widzą nowe twarze. Jeszcze lepiej, jeśli te nowe twarze nie są aż takie nowe, tylko znane z czasów swojej kariery piłkarskiej.

PZPN-owski beton nie chciał, by w Ekstraklasie już teraz trenować mogli Piotr Świerczewski i Tomasz Hajto. Odezwało się wówczas wiele głosów (mój wewnętrzny też), że to niedopuszczalne i członkom Klubu Wybitnego Reprezentanta należy się specjalne traktowanie. O ile Świerczewski pracował w specyficznych warunkach i jego rozliczanie nie ma większego sensu, o tyle w przypadku Hajty można się pokusić o pierwsze spostrzeżenia. A prawda jest taka, że były piłkarz Schalke cudów na razie nie dokonał.

Oczywiście głupotą byłoby twierdzenie, że Tomasz Hajto to słaby trener. Życzę mu bardzo dobrze, ponieważ to charyzmatyczny gość z charakterem, który widział trochę świata, wie na czym polega wielka piłka. Na pewno może stanowić autorytet dla polskich piłkarzy. Świerczewski dodałby zapewne, że Hajto ma także sporo kontaktów.

Niektórzy pewnie oczekiwali, że jak trenerem zostaje taki gość, to odmieni polską piłkę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sam Hajto może tego nie przyzna, ale pewnie też wierzył, że jest w stanie tego dokonać. Że przyjdzie, powie: "Jestem Hajto i macie grać tak jak ja" i będzie załatwione. Widać, że chciał wejść do ligi z przytupem. Na pierwszy mecz wymyślił taktykę z trzema obrońcami. I przyszło mu się zderzyć ze ścianą. Okazało się, że swoją piłkarską przyszłość Hajto może schować do kieszeni. Bo Bandrowski to nie Wilmots, Zahorski to nie Mpenza, a duet Pazdan - Cionek popełnia "trochę" więcej błędów niż Hajto z Wałdochem.

Hajto chciałby uchodzić za trenera-kozaka (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Chciałby, żeby słowa "sukces", "Jagiellonia" i "Hajto" były wypowiadane jednym tchem. Poprzeczkę dość wysoko zawiesił mu Michał Probierz, ponieważ w Białymstoku nikt nie oczekuje już spokojnego miejsca w środku tabeli. Jagiellonia ma walczyć przynajmniej o europejskie puchary, a drużyna swoją grą ma przyciągać kibiców na budowany właśnie stadion.

W rzeczywistości jest inaczej. Jagiellonia wszystkie trzy mecze zagrała u siebie z co najwyżej ligowymi średniakami. Zdobyła pięć punktów, ale z gry zasłużyła może na trzy. Nie zachwyca przede wszystkim stylem, bo wyniki są jeszcze do zaakceptowania.

Po raz kolejny okazuje się, że bycie bardzo dobrym piłkarzem nie daje gwarancji sukcesu w roli trenera. Tomasz Hajto przekonuje się o tym, choć niezbyt brutalnie, bowiem wydaje się, że działacze chcą mu zaufać i pozwolić na dłuższą pracę. Trzeba jednak pamiętać, że praca trenera w polskiej lidze jest niewdzięczna. Bo można być taktykiem jak Mourinho, motywatorem jak Klopp, ale nadal kluczowe podanie ma zagrać Dawid Plizga, a akcję wykończyć Tomasz Zahorski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz