wtorek, 25 września 2012

We Wrocławiu pokazali, jak łatwo zgnoić króla


Orest Lenczyk wreszcie pokazał ludzką twarz i udzielił bardzo ciekawego wywiadu dziennikarzowi "Rzeczpospolitej". Tym razem przestał udawać niedostępnego, odpowiadać półzdaniami i wyłożył kawę na ławę. Niestety, wnioski są niepokojące. We Wrocławiu mieli prawdziwego bohatera, ale ponad niego postanowili wycenić pseudogwiazdy.

Na pewno nie byłem fanem trenera Lenczyka, który najwyraźniej postawił sobie za cel, żeby w każdym wywiadzie jego rozmówca czuł niepewność, a później zakłopotanie. Wydawało się, jakby żył trochę w swoim świecie, ale jednego nie można mu odmówić - ze Śląskiem zrobił wynik absolutnie genialny. Nawet jak na ligowe warunki piłkarzy miał średnich. Przejął ich po Ryszardzie Tarasiewiczu, na miejscu w strefie spadkowej, żeby w tym samym sezonie zrobić wicemistrza, a rok później znaleźć się na szczycie.

Można podważać jego metody treningowe, ale Ekstraklasę rozpracował idealnie (a może to Ekstraklasa sama dopasowała się do niego). Wystarczyło odpowiednio przygotować zespół pod względem fizycznym i można było zdobyć mistrzostwo. To jest wynik, na który Śląsk czekał długie lata i raczej trudno oczekiwać, że teraz przyjdzie nagle złota seria. Działacze najwyraźniej zapomnieli, że Mariusz Pawelec, Piotr Ćwielong czy Łukasz Gikiewicz to piłkarze przeciętni.

To Orest Lenczyk sprawił, że ktoś uznał Śląsk za mocny zespół. To dzięki niemu wielu zawodników przestało być tylko ligową szarzyzną. Trudno było oczekiwać, że wiekowych już Dudka czy Pietrasiaka trener nagle nauczy grać w piłkę na światowym poziomie, ale on z każdego z nich wyciągnął to co najlepsze i zebrał w monolit, który wygrał ligę, choć indywidualnie był, jest i będzie słabszy od Legii, Lecha czy Wisły. Lenczyk dokonał rzeczy, o której jeszcze dwa lata temu we Wrocławiu nikt nie śmiał choćby myśleć.

Porażki w europejskich pucharach paradoksalnie potwierdziły, jak dobrą robotę wykonał. Na tle naszej ligowej, fizycznej młócki Śląsk był mocarzem, ale gdy w starciu z zagranicznymi przeciętniakami przyszło się mierzyć na umiejętności techniczne, okazało się, że byle pastuchy mogą przyjechać do Wrocławia i poczuć się przez chwilę jak mistrzowie świata. Starcia z Rapidem Bukareszt czy Helsingborgiem tylko pokazały, jak słabe piłkarsko są "gwiazdy" Śląska i jak wielką sztuką było zrobienie z nich poważanej gdzieniegdzie drużyny.

Żałosne jest zachowanie zawodników, którzy obrazili się za krytykę Lenczyka w rozmowie z władzami miejskimi. Bo niby kto powiedział, że piłkarza nie można krytykować? Co to w ogóle za zasady? Polski piłkarz najwyraźniej czuje się idealny i w jego mniemaniu nie popełnia błędów. Otóż nie. Jak chce żyć w przekonaniu o własnej perfekcji, niech żyje. Ale nie ma nic zdrożnego w tym, że trener powie "Dudek odpuścił krycie i zawalił mecz" skoro właśnie tak było.

Jak bardzo próżni się ci ludzie, że nie dopuszczają do siebie jakiejkolwiek krytyki? Jakim trzeba być megalomanem, żeby powiedzieć do trenera "ty chuju", bo ten zmienia cię w przerwie meczu? Jakim wreszcie trzeba być kretynem, żeby kazać później trenerowi przywrócić takiego zawodnika do kadry?

Prawda jest taka, że trener Orest Lenczyk zdobył dla Śląska jedno z dwóch mistrzostw w całej historii. Zrobił to pomimo braku poparcia od władz klubu, bez środków finansowych na transfery i bez możliwości korzystania z młodych talentów, których we Wrocławiu po prostu nie było. Właściciele Śląska jakby zapomnieli, że szóstki w totka nie trafia się codziennie. A oni właśnie pozbyli się człowieka, który miał w ręku szczęśliwy kupon i postawili na grupę gości myślących, że znaleźli właśnie złoty system na wygraną. Jeszcze nie wiedzą, że zderzenie ze ścianą może okazać się bardzo bolesne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz